niedziela, 25 stycznia 2015

Liebster Award

Hej, hej, hej!

Zostałam nominowana do Liebster Award przez Sister Grimm. 

Oto pytania od niej:


1. Jaka książka jest twoją ulubioną?
2.Co skłoniło Cię do prowadzenia bloga? Co było twoją inspiracją, natchnieniem?
3. Czego najbardziej na świecie się boisz?
4. Twój najlepszy sposób na nudę ?
5.Gdybyś miał/a możliwość to jakim bohaterem ( książkowym, filmowym) chciał/a byś się stać ?
6. Przed tobą stoi tygrys, za tobą jaguar masz broń z jedną kulą co robisz? :D
7. Najlepsze miejsce na odpoczynek?
8. jakie zwierzę ( nawet najbardziej wymyślne) chciał/a byś hodować
9.Co sprawia, że nawet największa wścieklizna Ci przechodzi ?:)
10. Najśmieszniejsza sytuacja jaką miałeś/ miałaś ?


Moje odpowiedzi:

1. Nie mam ulubionej książki, ponieważ uważam, że powstanie jeszcze wiele książek przewyższających te, które do dzisiaj przeczytałam. Jednakże, wciągnęła mnie tera seria Mroczna Bohaterka ♥
2. Od zawsze chciałam prowadzić bloga, ale dotychczas tylko się do tego zabierałam i nigdy nie kończyłam projektów. Pewnego dnia stwierdziłam, że jeśli chcę coś zdziałać to pora spiąć dupę. :) Za moją inspirację mogę uznać to wszystko co się w okół mnie dzieje.
3. Nie wiem, serio, boję się wielu rzeczy.
4. Czytanie, definitywnie xD
5. Bardzo chciałabym być przeżyć chociaż jeden dzień w skórze Hermiony Granger. 
6. Strzelam w górę  żeby je przepłoszyć (ta, na pewno by mi się udało). :)
7. Łóżko!
8. Lwy ♥
9. Jak o tym napisze, to mnie zhejtują :') #ostrzytko *
10. Rzucanie dynią w Halloween po klasie od matematyki razem z nauczycielką :')


Dziękuję za nominacje, naprawdę się jej nie spodziewałam.
Ja.... nie wiem kogo nominować, przepraszam. Czytam (czytałam, bo już nie mam na to czasu) głownie skończone opowiadania :( ale napiszę pytania, żeby nie było ♥

Pytania:

1. Czym jest dla ciebie czytanie?
2. Co daje Ci wenę?
3. Czy miewasz takie moment że nie chce Ci się kontynuować bloga?
 4. Jaki jest najdziwniejszy owoc jaki jadłaś? XD
5. Co pomaga na stres?
6. Czy myślisz że zwierza mogą dodać Ci otuchy i wesprzeć lepiej niż ludzie?
7. Czy ekranizacje powieści są zawsze gorsze niż książki? Dlaczego?
8. Z czym kojarzy Ci się słowo magia?
9. Co sadzisz o tym, żeby lekturami szkolnymi były historie młodych twórców? 
10. Jaka jest najzabawniejsza książka którą czytalas? 
11. Jaki jest Twój ulubiony gatunek literacki? 


* kto wie o co chodzi temu współczuję ♥







sobota, 17 stycznia 2015

NASTĘPCZYNI TRONU

Korytarze którymi przechodziłam ciągnęły się niczym metro w Londynie, były też tak samo przytłaczające. Musiałam iść bardzo szybko, a przez sukienkę (dokładniej przez gorset w niej) nie mogłam wziąć głębszego oddechu. Na początku próbowałam nawet podziwiać obrazy i płaskorzeźby, jednak ukazywały one w sumie nieciekawych staruszków i kobiety w podeszłym wieku, nic więc dziwnego że szybko mnie to znużyło. Próbowałam też zapamiętać trasę, ale okazało się to dosyć... problematyczne. głownie dlatego, że pałac miał na moje oko, kilka kilometrów w obwodzie.
- Daleko jeszcze?...- spytałam mojego przewodnika przeciągając końcówkę w wyniku zadyszki.
- Zaraz będziemy w sali tronowej panienko Clarisso.- rzucił nie oglądając się za siebie. Po nim akurat nie było słychać zmęczenia. Wydyszałam tylko krótkie "super" i skupiłam się na oddychaniu. Po dwóch zakrętach okazało się że pingwin przewodnik nie kłamał. staliśmy przed dwuskrzydłowymi wykonanymi z jakiegoś ciemnego drewna drzwiami. Złocenia zapewne były prawdziwe nie zdążyłam się im jednak przyjrzeć, ponieważ drzwi rozchyliły się dość gwałtownie.
- Wasze Wysokości, oto przybyła Księżna Clarissa Madeleine Wyklęta!- zaanonsował mnie Pingwin.
- Clarisso, wyprostuj się.- ofuknęła mnie moja babcia na wstępie.
- Ciepłe przyjęcie.- skwitowałam i wstałam. U szczytu sali na, zapewne tak samo jak drzwi, pozłacanych tronach, siedzieli rodzice mojego ojca. Miałam ich nigdy nie poznać, phi!
- Dobry wieczór.- powiedziałam.
- Witaj Clarisso. Miło będzie jeśli się sobie przedstawimy, nie sądzisz?- zagruchał król, po czym wstał i podał rękę żonie. Niespiesznie zaczęliśmy do siebie podchodzić, aby spotkać się pośrodku pokoju.- Edmund Aleksander Fenax, moja żona, Anastazja Roma. Mam nadzieję, że szybko zaaklimatyzujesz się na naszym... przepraszam, teraz również Twoim dworze.
Obdarzył mnie uśmiechem dobrego dziadka. Królowa Anastazja miała jednak bardzo surową minę. Nie czułam się zbyt komfortowo w towarzystwie królewskiej pary. Zostałam przemaglowana z całego mojego życia, chociaż wydaje mi się, że małżeństwo zrobiło całkiem solidny wywiad i tylko weryfikowali swoje informacje. Po godzinie, mogłam już wstępnie ocenić tych ludzi, ich charaktery. Król był delikatny, taktowny i próbował żartować. Pomyślałam, że jest to miły człowiek z którym mogłabym nawiązać jakąś bliższą relacje, jednak nie ma tu mowy o kontakcie wnuczka-dziadek.
Królowa była zupełnym przeciwieństwem męża. Sztywna, pewna siebie, budząca z całą pewnością podziw, jednak na jej twarzy nie było cienia uśmiechu. Choć nie wiedziałam ile ma lat, sprzeczne z prawami biologii by było, aby miała 25 lat, choć nie wyglądała na więcej. Blond włosy związane w ciasny warkocz sięgały jej do pasa, wijąc się niczym Boa Dusiciel. Oczy miała niewyobrażalnie jasne, zawstydzające letnie niebo i tropikalne morza. Nic nie zdradzało jej wieku. Może z wyjątkiem średniowiecznych zachowań.
- Clarisso Madeleine, stój prosto. Prosto! Kostki nóg i kolana złączone! Czyś Ty się dziewczyna wychowała w stajni?- marudziła chodząc w okół mnie.
- Wasza Wysokość, nie mogę mieć złączonych kolan, ponieważ mam przeprost.- tłumaczyłam jej.  Nic sobie z tego jednak nie robiła, wytykając kolejne moje wady, pomyłki, niedoskonałości.
- Następczyni tronu, nie powinna tak wyglądać! Zrób coś z tymi włosami! Makijaż także zbyt rażący! Ta młodzież... Wszyscy wyglądają jak pandy z tymi czarnymi oczyma!- wyliczała, skończyła jednak w końcu swoją tyradę, a mnie odprawiono.
Podążałam za Pingwinem tym samym labiryntem jakim przyszliśmy. Poprosiłam go o przywołanie Martina i on też zniknął. Rozejrzałam się znów po pokoju. Dostawiono biurko i półkę na książki. Na blacie leżała kartka ozdobnego papieru piśmienniczego, na niej ozdobnym pismem nadrukowano plan zajęć.
Posiłki o stałych porach: 7:30-8:00 śniadanie, 11:00-11:30 lunch, 14:30-15:30 obiad. Po przeczytaniu planu zajęć zbladłam (o ile to w ogóle możliwe). biologia, język polski, historia... wygląda normalnie prawda? A dalej: morfologia, tropicielstwo, etykieta, teoria poznania, podstawowa obrona i łacina! Ja sobie nie radzę z angielskim!
Stwierdziła, że wystarczy mi wrażeń jak na jeden dzień. Pozwoliłam by otoczyły mnie ramiona Morfeusza.
*stuk puk* 
Irytujący dźwięk rozległ się gdzieś w oddali.
*stuk puk*
Czemu to jest takie głośne?
*stuk puk*
 Dajcie mi spać!
*stuk! puk!*
- Idę!- wydarłam się.
Wygramoliłam się z łóżka i otworzyłam drzwi. Na korytarzy stał Martin w mundurku szkolnym składającym się z koszuli, marynarki, spodni i krawata. Przyjrzał mi się dokładnie, a raczej nie mi tylko mojemu ubraniu. Za dużej męskiej koszulce w której wyglądałam jakbym nie miała na sobie majtek. Dopiero po chwili zauważyłam plecak na jego ramieniu.
- Co dziś jest za dzień, że wyglądasz jakbyś szedł do szkoły?- spytałam bo od przybycia tutaj miałam problem z poczuciem czasu.
- No cóż piątek. Za pięć minut godzina siódma, o oznacza, że masz pół godziny żeby się uszykować na zajęcia.
Mówił sztywno, jak robot. Mruknęłam pod nosem kilka dobrze dobranych przekleństw i wpuściłam go do środka. Sama chwyciłam mundurek i pobiegłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, umyłam i wysuszyłam włosy, na końcu zrobiłam dosyć ciemny makijaż. spojrzałam na mundurek i skrzywiłam się. Wyglądał jak z anime... Wszystko było utrzymane w ciemnych kolorach, typu czerń czy granat. Spódniczka sięgała mi kilka centymetrów przed kolano, koszula i krawat leżały świetnie, do tego para zakolanówek i balerinki bez obcasa. przejrzałam się w wysokim lustrze, stwierdziłam, że lepiej wyglądać nie będę i wyszłam z łazienki.
- Spakowałem Ci do torby wszystkie potrzebne książki. Czy potrzebujesz jeszcze czegoś?- spytał Martin, bardziej uśmiechnięty.
- Czy wolno tutaj palić?- to było pierwsze co mi przyszło do głowy. Nie paliłam od dwóch dni, więc czułam już dyskomfort związany z brakiem używki.
- Są do tego przeznaczone różne pomieszczenia, lub na dworze. Koło stołówki dostaniesz wszystko czego sobie życzysz. Pójdziemy?- Skończywszy mówić wyciągnął ramie  moją stronę. Chwyciłam go pod łokieć, zarzuciłam torbę na ramie i pozwoliłam mu się prowadzić.
 To, co ujrzałam na stołówce przyprawiło by mnie o mdłości, gdybym miała coś w żołądku. Część uczniów Siedziała przy stolikach na tarasie, piliła spokojnie papierosy i jadła śniadania. Weszliśmy do środka z Martinem, wszyscy spoglądali na nas ukradkiem zaciekawieni, co po niektórzy szeptali. Wyprostowałam się i uniosłam głowę. Wyraźnie znudzona ekspedientka spytała:
- Co podać?
- Poproszę Marlboro Ice Blast, sałatkę z kurczakiem i Cafe latte.- mruknęłam parzą na menu jednym okiem.- I zapalniczkę.- dodałam po chwili. Martin również złożył krótkie zamówienie i przeszedł na tyły w stronę balkonów.
Mijaliśmy kilka boksów, które pozwalały dzieciakom czuć się komfortowo podczas posiłku. myślałam, że to przesada, ale zobaczyłam co Ci ludzie jedzą, a raczej piją. W każdym boksie siedziały dwie osoby. Tylko jedna z nich jadła. Oni po prostu wybierali sobie ludzi i żywili się nimi. To było obrzydliwe, chwyciłam Martina mocniej za ramię i przyspieszyłam kroku. Kiedy wyszliśmy na balkon trzęsącymi rękoma otworzyłam papierosy i odpaliłam jednego. Zaciągnęłam się tak mocno, że zakręciło mi się w głowie. Skończyłam papierosa i usiadłam ciężko na krzesło. Zabrałam się za jedzenie w milczeniu. Kiedy skończyłam jeść odpaliłam kolejnego papierosa.
- Jakie to było obrzydliwe...- wymamrotałam między buchami.
- Musisz się przyzwyczaić, co jakiś czas musisz pić krew, jeśli chcesz żyć.- powiedział.- Jest słodka i pyszna, próbowałaś jej już.
- Zawsze lubiłam historie o wampirach, a jak przychodzi co do czego, to się boję...- mruknęłam.
- Zawsze tak jest, ale niedługo minie twój początkowy szok i strach.- rzekł Martin kojąco. Kiwnęłam głową na znak że się z nim zgadzam. Siedzieliśmy w ciszy dłuższą chwile. Nagle Martin wstał.- Pora iść na lekcje, Wasza Wysokość.
- Oczywiście...- warknęłam na niego, wymaszerowaliśmy ze stołówki tak jak do niej weszliśmy. A ja postanowiłam sobie, że jeszcze dziś spróbuję krwi.












niedziela, 11 stycznia 2015

Clarissa

Wiem, że wiele z was wyobrażało ją sobie inaczej, ja też myślałam o czymś trochę mniej... normalnym? To jest interpretacja Ri według mojej dobrej koleżanki Yume.  Jeśli podoba wam się ten rysunek wejdźcie na jej fanpage na Facebooku: Yume art . Rozdział koło poniedziałku. 
Wampirycznego dnia, nie zapomnijcie wesprzeć WOŚPU jeśli tylko możecie!  ♥ ▼▼

niedziela, 2 listopada 2014

Jestem gotowa.

Martin przepuścił mnie w drzwiach. Skorzystałam z jego uprzejmości i wyminęłam go. Stanęłam przy bramce i spojrzałam na niego wyczekująco.
- Nie mam zamiaru iść pieszo, Gdziekolwiek idziemy. A zakładam, że "szkoła" nie jest przecznicę dalej.- szczeknęłam w jego sronę.
- Ależ, Clarisso, jakże bym śmiał Cię do tego zmuszać? Samochód już na nas czeka. O tam!- powiedział i wskazał mi żółty samochód sportowy po drugiej stronie ulicy.
- Mitsubishi Eclipse, ładne prawda?- usłyszałam tuż rzy uchu.Zawstydziła mnie jego bliskość, ale szybko się opamiętałam i przybrałam na twarzy wyraz okrutnej obojętności.
- Nie interesuję się samochodami.- rzuciłam i podeszłam do auta, chłopak otworzył drzwi pilotem. Wsunęłam się na miejsce pasarzera i poczekałam aż on uczyni to samo.- Gdzie jedziemy?
- A jak myślisz? Na zakupy!
Nie rozumiałam irracjonalnej radości Martina. Od małego nienawidziłam zakupów, więc podałam mu swoje wymiary i pozwoliłam wybierać dla mnie ciuchy. Powiem tak: Czarny, czarny, czarny i czarny. Wszędzie czarny. Zajął się kompletowaniem mojej nowej garderoby, a ja zajrzałam do księgarni na przeciwko. Skierowałam swoje kroki do półki z fantastyką i działu z książkami o wampirach. Było tego całe mnóstwo! Czułam się jak w raju pośród setek tysięcy stron, dziesiątek historii, milionów bohaterów... Ale wiedziałam, że wszystkie te historie są tylko fikcją literacką. Teraz ja miałam być jedną z bohaterek tych książek, teraz moja kolej na stworzenie fikcji. Bardzo, bardzo realistycznej fikcji, w której ja miałam być główną bohaterką. Nie podobało mi się to w ogóle: ani ten wampiryzm, ani to, że jestem potomkinią rodu jakiegoś tam, ani nieśmiertelność, nic. Ze zwykłej szarej myszki mam się przerodzić w kogoś takiego jednej nocy? Tego już za wiele. Zauważyłam kątem oka Martina z kilkunastoma sitami zakupów wychodzącego ze sklepu, więc szybko ruszyłam w jego stronę.
- Wybacz mi, byłam w księgarni.- rzuciłam w ramach przeprosin. Spojrzał tylko na mnie i skinął z uśmiechem głową.
- Chodzimy zatem do samochodu, Clarisso.
- Uch... Tylko nie "Clarisso" ok? Mów do mnie jakbyś był moim rówieśnikiem, a nie jakimś niewiadomo kim, proszę.-jęknęłam błagalnie.
- Wybacz mi proszę, ale jestem tylko posłańcem. Zwrócono mi uwagę bym mówił do ciebie z należytym szacunkiem.- odpowiedział mi,  a jego twarz napięła się odrobinę.- Ale, twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Więc jak do ciebie mówią w szkole?
- Hmm... Najczęściej to Ri.- mruknęłam zasanawiając się jeszcze chwilkę nad innymi możliwościami, "Clara" odpadało bo bardzo nie lubiłam kiedy ktoś tak do mnie mówił.  Czasami też słyszałam jak ktoś się do mnie zwrócił per, Lara, fu.
- Także, Ri, wsiadajmy już do auta. Musimy dojechać do Kręgu najpóźniej o 22:30.
Nie odpoiedziałam mu tylko wsiadłam do samochodu. Zanurzyłam się z miękkości fotela i przymknęłam powieki. W podbrzuszu czułam łaskotanie wywołane pędem, zerknęłam na prędkościomierz. Nie zrobiło na mnie wrażenia 170 km/h, halo jechałam z wampirem. Był zwinniejszy i szybszy niż człowiek, nie było się o co martwić. Oparłam policzek o szybę i przymknęłam powieki. Obstawiałam długą cichą podróż, więc postanowiłam się zdrzemnąć.
Siedziałam na ławce w parku, w moim parku, naszym parku. siedziałam na ławce na której zawsze siadaliśmy. nie musieliśmy rozmawiać, wystarczyło mi ciepło jego ramienia na moim boku i bicie jego serca obok. Wsłuchałam się w wiatr, niektórzy myślą, że to tylko głuche gwizdy wśród liści, ja wiem że opowiada on nam historie. My, jako ludzie jesteśmy po prostu zbyt ograniczeni aby je usłyszeć. Nasze uszy są niedoskonałe, a oczy ślepe na piękno. Wstałam powoli, żeby iść na spacer. Zrobiłam kółko w okół parku i wróciłam w to samo miejsce. Ale za zakrętem stanęłam i nie mogłam się ruszyć z miejsca. Tam był on, taki jak go zapamiętałam. Ale nie był sam i to mnie przeraziło. Chwyciłam się najbliższego drzewa, aby ni upaść. Był z nią. Wiedział, że jej nienawidzę. Widział, że kocham to miejsce. Znał mnie jak nikt pod tym względem. Podeszłam bliżej, nogi miałam jak z waty, łzy piekły mnie niemiłosiernie ale nie pozwoliłam im popłynąć.
- Mówiłam Ci że zajdę z nim dalej ty niż ty.- powiedziała. A może nic nie mówiła, to tylko moja wyobraźnia. Potem był pocałunek, ona całowała go zachłannie, on ją z uczuciem.
Uciekłam.
Potem był tylko krzyk, mój krzyk...
- Ri! Ri! Obudź się, to tylko sen... Ci... To tylko koszmar...- szeptał ktoś głaszcząc mnie po włosach.
Ostrożnie uniosłam powieki, miałam policzki mokre od płaczu. Nade mną był Martin i uspokajał mnie. Kiedy zobaczył, że się obudziłam odetchnął  ulgą. Trzęsłam się.
- Już CI lepiej?- spytał ostrożnie.
- Nigdy nie będzie mi lepiej.- wyszeptałam.
- To był tylko koszmar, nie bój się.
 - O nie, to była prawa, no, przynajmniej po części.- rozejrzałam się.- Dojechaliśmy?
- Tak, musimy iść. Chodź.
Wyszliśmy z samochodu, byliśmy w pięknej okolicy. piękny zamek, jezioro, mosty, wierze, błonia... Upsik, z Harry'm Potterem mi się pojebało. Także, delikatna zmiana klimatu: ogrom zieleni, serio, ogrom. tyle tego było, że nie jesteście w stanie tego pojąć! A na samym środku, pałac jak z horroru, grube mury, strzeliste wierze i bluszcz na ścianach. Nieco oklepane, ale ja tego nie projektowałam, obstawiam, że kilka wieków ma za sobą ta budowla. w okół zamku było dosyć pusto, kilka małych budynków i 2 naprawdę pokaźne: szkoła i coś na kształt kościoła. Chłonęłam piękny krajobraz kiedy to poczułam. Słodki, metaliczny i niewiarygodnie przyjemny zapach. Wciągnęłam powietrze głęboko w płuca rozkoszując się nim. Chwilę zajęło mi domyślenie się, że dostaję ślinotoku od zapachu krwi, ludzkiej, pysznej, cieplutkiej... Ugh! Stop! nie powinnam tak myśleć. Chwyciłam Martina za rękę, żeby nie pobiec w stronę tego, co miałam od teraz pić.
- Jak ma przebiegać inicjacja?- spytałam.
- Dowiesz się za jakieś... 20 minut. Radziłbym się ruszyć z miejsca, ponieważ musisz się przebrać Ri.- powiedział Martin i poprowadził mnie ścieżką w stronę małego budynku po lewej.
W środku był tylko mały stolik, a na nim leżała śliczna sukienka w punkowo gotyckim stylu. obok niej leżały pończochy z paskiem i czarne szpileczki z paseczkiem zapinanym na kostce. Jestem cholerną dziewczyną, musiałam zaniemówić! Szybko się rozebrałam i wciągnęłam pończochy. Zapięłam pasek i włożyłam buty, przez chwilę mocowałam się z zapięciem szpilek, ale w końcu mogłam przejść do ubrania sukienki. kiedy udało mi się to zrobić, przejrzałam się w ogromnym ściennym lustrze. Wyglądałam, hmm, odrobinę inaczej niż zwykle. Wyciągnięte dresy zmieniłam na parę pończoch, stare skejty na szpilki i podkoszulkę z jakimś głupim napisem na sukienkę godną, no cóż, wampirskiej księżniczki. Usłyszałam jak ktoś wchodzi, ale nie miałam zamiaru się odwracać. Martin stanął za mną, delikatnie zdjął mi gumkę z włosów, dotknął przy tym mojego karku. Zadrżałam. Odsunął się o krok.
- Pani...- mruknął składając mi głęboki ukłon. Zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko.
- Jestem gotowa.

niedziela, 7 września 2014

PROLOG

Na początek jakiś banał.
Nie, banały są złe, po prostu wam opowiem co się stało.
***
Było późne popołudnie kiedy wracałam do domu ze szkoły. Chciałabym wam powiedzieć, że ten dzień był zwyczajny. Ale był cholernie niezwyczajny! Zwykle takie rzeczy zwiastuje jakaś burza i groźna muzyka, a ja nie dostałam nic! Nawet jednej głupiej chmurki, czuję się totalnie olana! Nie ma dzisiaj żadnego szczególnego dnia, jest środa 12 października, godzina 15:43 czasu polskiego. W tym momencie jestem jeszcze młoda, ba, ja jestem jeszcze dzieckiem według wszelkiego rodzaju kryteriów. No cóż, ciężko bym "dorosłą" kiedy ma się 15 lat. Muszę porozmawiać z rodzicami, teraz. Szkoda, że nie idę sama do domu... Chociaż czuję na sobie zazdrosne spojrzenia dziewczyn w moim wieku. Która by się nie obejrzała? Obok mnie idzie bardzo blady chłopak, o nieziemskiej urodzie. Ma około 1,90m wzrostu i jasno zielone oczy. Ideał co nie? Ach... zapomniałam o jednej rzeczy! Jest wampirem. Siedemnastoletnim wampirem. Cholernie przystojnym wampirem. Ale nadal wampirem. Uznałabym go za potwora, gdyby nie powód mojej poważnej rozmowy z rodzicami. Ale wróćmy może do poranka...
-Wychodzę!- krzyknęłam w progu, zapinając bluzę.
- Paa!- odkrzyknęła mi mama.
W drodze do szkoły zapaliłam fajkę, zaciągając się z lubością przemierzałam ulicę. Kiedy przeszłam ostatni zakręt i dopaliłam (trzeciego dzisiaj) papierosa weszłam do budynku. Moja szkoła wygląda całkiem ładnie. Duży, w miarę nowoczesny budynek ze ślicznym holem i sceną. Skręciłam w stronę mojej szafki i wrzuciłam do niej bluzę oraz worek na W-F. Kiedy zobaczyłam moją najlepszą kumpele z klasy podeszłam do niej i cmoknęłam w policzek. razem ruszyłyśmy w stronę klasy, plotkując wesoło.
- A ten Kacper z 3F! Jeden z lepszych!- paplała.
- Głupia jesteś! Ten Marek z naszej klasy, to dopiero coś!- wyrzuciłam z siebie po czym spaliłam buraka. Magda zaczęła się ze mnie nabijać w najlepsze kiedy stanęłyśmy pod klasą od historii uspokoiła się trochę.
Lekcje mijały mi spokojnie i bardzo szybko. Na którejś przerwie podszedł do mnie mój przyjaciel, Karol.
- Wszystkiego najlepszego, starucho! Jutro mnie nie będzie to Ci dzisiaj życzenia złożę!- wyszczeżył się do mnie.
Był dosyć wysoki i odrobinę przy kości, ale nie przeszkadzało mi to. Pogadaliśmy chwilę i ruszyłam w stronę klasy od niemieckiego. Ostatnia lekcja również nie była szczególna. Stwierdziłam z żalem, że ten dzień był okropnie nudny. Wyjęłam bluzę z szafki i wyszłam na dwór. Nie było zimno ani deszczowo, pogoda była bardziej wiosenna niż jesienna. Ze słuchawkami w uszach ruszyłam przed siebie, nie rozglądając się na boki. To był spory błąd. Przechodziłam właśnie małą, brudną dzielnicą kiedy zostałam wciągnięta w zaułek. Zatkato mi usta i zakneblowano ręce, więc nie mogłam się w żaden sposób ruszyć. Pozostało mi tylko czekać, tak też zrobiłam. Oddychałam płytko, nie pozwalając mięśniom na rozluźnienie. Mój oprawca widząc, że się uspokajam, postanowił najwyraźniej wszystko mi wyjaśnić, ponieważ tuż przy uchu usłyszałam szept.
- Mogę Cię zabić ruchem ręki, córko Nataniela. Nie próbuj uciekać, bo Cię złapię. Nie krzycz, bo zedrzesz sobie gardło. Zrozumiałaś?- przytaknęłam skinieniem głowy, bardzo już przestraszona.- Dobrze, bo nie mam ochoty cię krzywdzić. Puszczę cię teraz, lecz nie uciekaj. Chcę jedynie rozmowy.- facet rozluźnił uścisk, a ja powoli odwróciłam się w jego stronę. Zobaczyłam przystojnego chłopaka, na oko z rok, dwa starszego ode mnie.
- To chyba nie jest odpowiednie miejsce na rozmowę.- warknęłam.
- Nie przeczę. Znasz jakąś kawiarnię w okolicy?- spytał mnie uprzejmie. Jacy ludzie są okropnie zmienni. Ale w miejscu publicznym będę bezpieczniejsza.
- Tak, chodź za mną.- odrzekłam i ruszyłam w stronę małej, dość obskurnej kawiarni.
W środku było ciemno i wilgotno. Chyboczące się stoliki nie zachęcały, a stary barman śmierdział, jakby się od bardzo dawna nie mył. Kilku podejrzanych typków siedziało przy stoliku w kącie, wypatrzyłam wolne miejsce koło okna.
- Coś podać?- spytała znudzona kelnerka gdy usiedliśmy.
- Cafe Latte z czekoladą.- rzekłam.
- A dla pana?
- Tylko woda.- mruknął chłopak i dziewczyna odeszła zrealizować zamówienie.
- Poznaliśmy się w kiepskich okolicznościach...- mruknął z nad szklanki z wodą.
- Z grzeczności nie przeczę.- prychnęłam.
- Mhm. Nazywam się Martin Evans, mam siedemnaście lat. Musisz się dowiedzieć czegoś bardzo ważnego i zostałem tu przysłany żeby Ci o tym powiedzieć. Jutro masz urodziny prawda? Szesnaste.
- No, tak...- odpowiedziałam nieco zbita z tropu.- skąd wiesz jak ma na imię mój ojciec? 
- Wszyscy znają imię Wyklętego.- odpowiedział wymijająco.
- Wszyscy? 
- Wszystkie wampiry.
W tym momęcie mój świat wywinął orła. I spadł na głowę. Nie pytałam o więcej, to i tak było za dużo. Dopiłam kawę, zapłaciłam i razem wyszliśmy z kawiarni. Całą drogę do mojego domu przebyliśmy w ciszy, teraz czeka mnie najgorsze. Z rodzicami nie rozmawiam już prawie w ogóle. Kiedyś mówiłam mamie na przykład o tym, że spodobał mi się chłopak. Teraz mam zupełnie gdzieś czy ona cokolwiek o mnie wie. Ojca często nie ma w domu, także... sami rozumiecie? Spoglądałam dyskretnie na mojego towarzysza, nie zauważyłam kłów ani czerwonych oczu. No bo w sumie co cechuje wampiry? Nieśmiertelność, to po pierwsze. Aczkolwiek tego tak szybko nie sprawdzę. To może żywienie się krwią, ale nie chciał się na mnie żucić. No oprócz tego momentu w zaułku. Krwisto czerwone oczy, no, albo złote jeżeli bazujemy na zmierzchu. Ale on ma zielone. Nic się nie zgadza! Skończyłam mu się przyglądać i skręciłam w lewo. Mój dom, to malutki, piętrowy domek na przedmieściach. Nic ciekawego. 
- Mamo, tato! Mamy gościa!- wrzasnęłam wchodząc do przedpokoju. Sara (moja mamuśka) wyszła na korytarz wycierając ręce w ścierkę. Zmierzyła Martina wzrokiem. 
- Musimy porozmawiać.- oznajmiłam krótko.
- Dobrze. Przygotuję herbatę, usiądźcie w salonie. Ojciec już tam jest.
Weszliśmy do salonu, usiadłam obok Martina na kanapie. Ojciec zmierzył go jedynie zimnym spojrzeniem i wrócił do czytania gazety. Narastające napięcie było wręcz wyczuwalne. Po kilku minutach na stole stały 4 kubki z herbatą i ciastka. Nerwowo skubałam rąbek bluzki, bałam się rozpocząć rozmowę. Nie, ja się bałam tego co usłyszę.
- Zacznijmy od tego, że Martin najwyraźniej robi mi jakiś głupi żart. Bo nie zauważyłam nigdy trupów w naszym domu, a ty tato chyba nie masz kłów, prawda?- wyrzuciłam z siebie, po czym wzięłam kilka głębokich wdechów żeby się uspokoić i kontynuowałam.- Jutro mam urodziny i zamiast planować imprezę z przyjaciółkami dowiaduję się, że jestem wampirem. W co szczerze wątpię. Także wytłumaczcie mi ten żart, bo nie jest zabawny.- warknęłam mierząc moich rodziców wzrokiem bazyliszka. Po szoku jaki przeżyłam w "kawiarni" stwierdziłam, że to musi być żart z okazji jutrzejszych urodzin i byłam zła na pomysłodawców tego dowcipu.
- Kochanie... To nie jest żart. To, to... Jesteś wampirem.- wydukał mój ojciec. Czułam, że blednę. 
- Jak? Chyba mam zaniki pamięci, bo nikt mnie nigdy nie gryzł.- warknęłam. Byłam zła.
- Nie musiał, jesteś wampirem zrodzonym z wampiryzmu. Krwią z mej krwi. Wyklętą. Po co ktoś miałby cię gryźć skoro na odległość czuć, że jesteś wampirem? Zechciej mnie wysłuchać a wszystkiego się dowiesz.- powiedział ojciec i spojrzał na mnie wyczekując odpowiedzi. Spojrzałam na matkę która miła bardzo spokojny wyraz twarzy, potem na Martina który był nieco spięty. Bałam się i byłam zła. Ale najwyraźniejszym moim uczuciem była ciekawość.
- Dobrze, więc wytłumacz mi wszystko.- rzekłam w końcu.
- Clarisso Madeline Wyklęta. Jesteś córką dwóch najpotęrzniejszych rodów naszych czasów. Córką moją, Hrabiego Nataniela, syna Wampirzego władcy. Oraz córką Oktawii Ophelii, ostatniej potomkini Vivien, księżnej Cór Światła, pogromczyń i pogromców Wampirów. Ja i twoja matka zostaliśmy Wyklęci z naszych rodów, a mnie pozbawiono wampiryzmu. To była pierwsza taka sytuacja od 584 lat. Aczkolwiek o tym dowiesz się w odpowiednim czasie. W każdym razie ukrywaliśmy się pół roku, a potem urodziłaś się ty i od razu wiedzieliśmy w kogo się wdałaś. Nic ci nie mówiliśmy, przepraszamy cię za to z całego serca. Ale zrozum nas, proszę.
- Za dużo informacji...- mruknęłam cicho.- Nie wybaczę wam tego, że mi nic nie powiedzieliście. Ale dlaczego akurat teraz?- powiedziałam już głośniej.
- Jutro są Twoje 16 urodziny i zapragniesz krwi, przysłali posłańca aby cię stąd zabrał. Pojedziesz do szkoły, do królestwa. Nie ma innego wyjścia.- powiedział ze smutkiem.
- Udowodnijcie mi to, że to nie jest głupi żart.- zażądałam.
- Skoro chcesz... Martinie, mógłbyś?- zagadnął ojciec.
- Z największą przyjemnością, dziękuję za przyzwolenie.- uśmiechnął się, ukazując wszystkie swoje zęby, zauważyłam dwa długie i cienkie kły. Wstał i podał mi rękę, abym też wstała. Chwyciłam niepewnie jego dłoń, a on podniósł mnie i przyciągnął mnie do siebie. Wpadłam w jego ramiona, ale nie poczułam ciepła, tylko chłód. Martin pochylił się nad moją szyją i musnął moją skórę kłami.
- Nie boisz się?- szepnął do mojej aorty.
- Skoro i tak jestem wampirem, to nie umrę. Czego więc mam się bać? A teraz odsuń się bo mi zimno.- rzekłam.
- Każde stworzenie ma swój kres, zapamiętaj to.- szepnął i odsunął się delikatnie.- Możemy ruszać? Będzie trzeba jeszcze skompletować twoją garderobę.
- Kochanie, musisz jechać. Po zakończeniu szkolenia możesz tu wrócić. Obiecuję.- rzekła mama, to był pierwszy raz dzisiaj jak się odezwała. Uśmiechnęła się do mnie pocieszająco.
- W takim razie, do zobaczenia.- powiedziałam i spojrzałam na Martina. Ukłonił się grzecznie i wyszedł. Rodzice przytulili mnie i również wyszłam. Moje dotychczasowe życie dobiegło końca... Zanim się porządnie zaczęło...


^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Witam na moim nowym blogasku <3 Tak mnie naszło na historie o wampirach to stwierdziłam że napiszę. :) Także jeśli wam się podoba, napiszcie komentarz <3 to naprawdę dużo dla mnie znaczy :D